W starym domu najbardziej lubiłam próg kuchni. Dzięki temu, że wieś kiedyś była mniejsza i bliżej było ludziom do siebie, cały czas ktoś w tym progu stał "na moment".
Przez to przystawanie "jatylkonachwilkę" w progu powstało przez lata zagłębienie, które z uporem świeżo upieczonej "pani domu" próbowałam doczyścić. Pozbawione warstwy lakieru brudziło się razem z wyschnięciem wody.
Tęsknię za tym wytartym progiem. Za tymi, którzy w nim przestawali. Ciocia Genia, która miała nie zdążyć umrzeć, a umarła w momencie, gdy tylko położyli ją w szpitalu. Babcia, która przychodziła "z dworu". Tatko, który teraz znosi szmelc, złom, zlewki zupy i jajka, a kiedyś przynosił nam kurczaczki i króliczki, które matka natura powołała do życia.
Żeby chociaż jakiś sąsiad zajrzał. Ale do mnie, już obecej, nikt prócz Cioci Basieni nie zajrzy. Siedzę sama w dawnym starym domu i piszę, zamiast się zająć "normalnymi" sprawami.
Czy kiedyś będę "normalna"?