poniedziałek, 3 września 2012

Na cmentarzu nie ma wrogów

...

Na cmentarzu nie ma wrogów. Nie wśród zmarłych przynajmniej. Może czasem głupio stać na mrozie czy w deszczu na Wszystkich Świętych koło znienawidzonego byłego wychowawcy. Mmożna i łypnąć na niego morderczym wzrokiem. Można.

Na cmentarzu nie ma wrogów. Chodzi się powoli od alejki do alejki, swoją trasą, dobrze znaną, wlekąc za sobą naburmuszone wnuczę.

- Babciaaaaa, miałyśmy wrócić po drugiej. Jesteśmy tu już 3 godziny.
- Jeszcze pódziem do ciotki Miazgowej, potem pójdziem do domu.
- Ale skrótem?
- No dobra, pódziem tamtu bramku, ale wpierw na grób ciotki Geni. Zajrzym czy wszystko stoi.

Ciocia Genia żyła wówczas i miała się świetnie. Ale na cmentarzu każdy ma „swój” grób. Mówiła, że nie zdąży umrzeć, bo nie ma czasu. Jak tylko przysiadła na momencik na szpitalnym łóżku śmierć zrobiła jej „cap!”. I już nie było cioci Geni. Została wściekła kotka, którą od niej nadobyliśmy i jabłecznik wpisany w kajecie jako „Jabłecznik od cioci Geni”. Był też i sernik z mlekiem, ale tylko jej wychodził taki puszysty. Kotka potrafiła chodzić pionowo po ścianach – serio. Czasem atakowała z wewnątrz gigantycznego świerka, który mamy w ogródku.

- Babciaaaaaaa, chodźmy.
- Jeszcze pódziem zobaczyć gdzie Kowalskiego chowają.

...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.